Górnicy z kopalni Makoszowy

Nie chcemy waszych pieniędzy. Dajcie nam pracować

Grzegorz Szymanik
03.03.2016 01:02

gornicy-w-kopalni-makoszowy

Od lewej: Kamil Nikodemski, Jerzy Hubka, Kamil Chamielec (Fot. Michał Łepecki)

Z głębin wydobędziemy wodę, zmielimy kamień na autostrady, z szybów zrobimy elektrownię

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

W kopalni Makoszowy w Zabrzu coś się tli pod ziemią.

M., górnik przodowy: – To jest gniew ludzi oszukanych. Tylko czekać, aż rąbnie jak metan.

Żabole w pióropuszach

Żabole tłumaczą mi, że śmierdziele nie przyjechały, bo mają zakaz.

Chyba całe miasto wyszło na ulicę, trąbi i gwiżdże. Idę z górnikami na mecz Górnika Zabrze – żabole to są fani Górnika, a śmierdziele to fani Ruchu Chorzów. Mieszkańcy ciągną ze wszystkich stron na stadion im. Ernesta Pohla, bo dziś święto, śląskie derby.

Ja wypatruję tylko żaboli w pióropuszach, bo z pióropuszami idą górnicy w bergmuniokach (galowych mundurach). Zaczepiam ich i pytam o słowa córki górnika. Premier Beata Szydło powiedziała: sytuacja w górnictwie jest stabilna.

– Mosz recht – odpowiada M., górnik przodowy, drapiąc się po brodzie. – Stabilny sztynks i maras (smród i brud)!

Na błocie trenuje orkiestra górnicza, a od strony trybun płynie z głośników „Y.M.C.A.” Village People. Jerzy Hubka, wiceprzewodniczący Zawodowego Związku Górników w kopalni Makoszowy, próbuje przekrzyczeć hałas: – Górnicy z Zabrza dzięki węglowi dźwigali kraj, a zawsze czuli się wykorzystywani. Najpierw przez Niemców, potem, niestety, Polaków. 1 kwietnia nasza kopalnia skończy 110 lat i boję się, że to będzie początek końca. W załodze jest gniew, niemoc i rozczarowanie. Widzą, że umowy, które udało nam się zawrzeć przed rokiem, że obietnice, które wymogliśmy, są guzik warte. Kopalni grozi rozparcelowanie. Nie wierzą politykom, dziennikarzom, a teraz przestają nam, związkowcom. Co dalej będzie? Może chociaż dziś na meczu będą mieli trochę radości – mówi, wchodząc na stadion. – Bo gdzie wygrać, jak nie u siebie?

Chłopak z ringiem

– Jakbyś przez siedem i pół godziny robił pompki w saunie – Kamil Chamielec próbuje wyjaśnić mi, jak wygląda praca na dole.

– Siedem i pół, bo bez półgodzinnej przerwy. Zjeżdżam, potem 600 metrów pochylnią, podejście jak w górach, 4 metry szerokości na 5. Temperatura prawie 30 stopni, bo chłodziarki nie wyrabiają. Boli głowa i myślisz: co ja tu robię? Ściana to już inny świat, nie ma chodników, idziesz podrapany, spocony i zmęczony – opowiada drugi Kamil – Nikodemski (żaden z dwóch Kamilów nie wygląda na górnika, raczej przypominają studentów).

Najgorsze, tłumaczą, przychodzi, kiedy wyobraźnia zadziała, że tyle metrów nad głową. Wtedy po tobie. Po szychcie w łaźni wszyscy czarni i w krótkich galotach. To nieprzepisowe, ale inaczej się nie da pracować, zjeżdżają więc w gaciach albo obcinają spodnie.

Kamil Chamielec: – W domu łykasz tony kanapek, żeby nadrobić, i padasz na twarz, by z głowy wyparował gorąc.

Chcę spytać, jak długo pracują w kopalni.

– Na kopalni – poprawia zaraz Chamielec – robię od czterech lat. Wcześniej u prywaciarzy – byłem pizzerem. Nie było źle, bo 2 tysiące na rękę to chyba nie są złe pieniądze. Skończyłem 21 lat, były akurat przyjęcia na kopalnię. Nie zastanawiałem się. Nie czytałem, jaka jest sytuacja górnictwa i czy nasza kopalnia dobrze stoi. Wiesz, na Śląsku jest wciąż wiara, że górnictwo to nie prywaciarz, to nie szef, który powie, że nie dostaniesz urlopu i musisz pracować 14 godzin. Tu jeszcze robota ma ręce i nogi. Mama była przerażona, bo tata robił na kopalni i wujek. Ale teraz mówi, żebym się trzymał, bo gdzie indziej dostanę umowę na pracę – opowiada. Po pierwszych dniach i tak chciał wrócić do lepienia pizzy. Zarabiał mniej, a cieśla, który go wprowadzał, mówił: będziecie magistrami łopatologii. Szpadel w rękę i wyrabiało się dniówkę. Teraz Chamielec pracuje przy transporcie. Przeładowuje materiał dostarczony z powierzchni na punkt załadunkowy do przodka albo do ściany. Ładowanie to praca ręczna, kolejka ma napęd spalinowy, dochodzą więc spaliny i temperatura z silników.

– Ile za to dostajesz?

– Trzy sto z pięcioma czerwonymi.

– Czyli co?

– 21 jeden dniówek i 5 weekendowych. Na pasku ładnie wygląda: 6 tysięcy. Po odliczeniu ubezpieczenia i składek to 3100 do ręki.

Drugi Kamil, Nikodemski (30 lat), też denerwuje się, gdy w telewizji mówią, że górnicy dużo zarabiają.

– Nie jestem sztygarem, goła wypłata to 2700 z dwoma weekendami. A już nam upierdzielili w ostatniej wypłacie po 600 złotych – mówi.

Wcześniej pracował w Mostostalu na produkcji za 1000 złotych. Osiem lat temu na kopalni szukali geodety. Nikodemski przypomniał sobie dzieciństwo i natarczywe myśli: wróci czy nie wróci?

Ojciec był ślusarzem, pracował w ścianach i naprawiał kombajny. Zawsze trafiła się jakaś awaria i nie wracał do późnej nocy.

– U mnie na geodezji jest lżej. A socjal sprawia, że pracę się ceni. Gdzie dostaniesz po pół roku umowę na stałe? Kredyt? Przecież nie dostalibyśmy żadnego kredytu, pracując w pizzerii ani w Mostostalu. A tu mam kasę zapomogowo-pożyczkową, nie muszę brać u krawaciarzy bankowców, którzy by nas zaraz klepali po plecach „weźcie we frankach”.

– A właśnie, przywileje górnicze…

– Ale weź posłuchaj! Idzie młody chłopak 60 metrów z ringiem…

– Z czym?

– Z obudową chodnikową. Waży ze 120 kilogramów, a on bierze na ramię i do przodka. Niezgodne z przepisami, ale pracę trzeba wykonać, a ludzi brak. I myślisz, że co z takiego człowieka zostaje po 25 latach? Więc co ty mi tu gadasz o górniczych emeryturach. Ma do 67 lat tak zasuwać? Mówisz, że dodatki, przywileje… Deputat węglowy już nam zabrano, trzynastka nie istnieje od kilkunastu lat.

– Barbórka, czternastka…

– Możemy z tego nawet w części zrezygnować. Ale musisz wiedzieć, że to pieniądze z jednego funduszu, z jednego worka. Po prostu dostajemy wypłatę w 14 częściach, a nie w 12. Musisz zrozumieć, że to nie są pieniądze za nic.

Kamil Chamielec: – Barbórkę wyrabiasz za dniówki w trakcie roku, a czternastkę za to, że nie chodzisz na L4. Nie dostaniesz, jak nawalisz. To nagroda za nienaganną pracę, jesteś przez to bardziej uważny.

Kamil Nikodemski: – Już raz czternastkę straciłem. I w porządku, beton na klatę, bo popełniłem błąd. Nie zgłosiłem do dysponenta, że przechodzę pod trakcją elektryczną, i zobaczył to inspektor. Ale nawet z tymi dodatkami jest ciężko. Ty, a twoja pracuje? – pyta Kamil drugiego Kamila. – U mnie kiedyś, jak ojciec robił na kopalni, to na wszystko starczało, a teraz jak kobieta zostanie w domu przy dziecku, to nie wyjedziesz na wakacje. Żyjemy, żeby żyć, ale to wegetacja, nie ma pieniędzy na rozrywki. Mogę oddać dodatki, nawet bony żywnościowe, które dostajemy do wypłaty – to jest talon o wartości 14,90 za każdą dniówkę na dole. Kredkowego – dodatku na podręczniki i zeszyty – jeszcze nie mam, bo dziecko za małe. Oddam, jeśli dzięki temu uratujemy górnictwo. Ale uratujemy? Mogę się poświęcić, tylko wiem, że bez tych bonów będzie już bardzo ciężko.

Smutek górnika

Andrzej Chwiluk, przewodniczący zakładowego Związku Zawodowego Górników, w Makoszowach jest tak długo, że starsze chyba są tylko tutejsze pokłady węgla. Stoi teraz przy mapie jak generał przed bitwą i pokazuje, gdzie leżą złoża – 50 milionów ton.

– Już przygotowane, tylko wydobywać. 50 milionów ton, a oni chcą nam kopalnię zamknąć. Docierają do nas pogłoski, że zostanie rozparcelowana między dwie sąsiednie – Bielszowice i Sośnicę. Nikt nie zaprzecza.

Jerzy Hubka, wiceprzewodniczący ZZG: – Sośnica to jedna z gorszych kopalni, ale ma dobre zaplecze polityczne. Piotr Duda z „Solidarności” się stamtąd wywodzi i cała Politechnika Gliwicka. Chętnie by fedrowali nasze, bo są w złym stanie. Ale nie takie były ustalenia, w zeszłym roku po głodówkach i marszach trafiliśmy do Spółki Restrukturyzacji Kopalń z obietnicą, że znajdzie się dla nas inwestor. Z determinacją opracowaliśmy plan naprawczy, zatrudnienie spadło, zlikwidowaliśmy niepotrzebne przekopy. Mieliśmy być w tym roku już na plusie 15 milionów złotych, ale rząd blokuje nam teraz rynki zbytu, mamy więc 28 milionów strat. Ministerstwo tłumaczy: czekajcie spokojnie, czekajcie. A dług rośnie, w maju będzie 150 milionów. Jaki inwestor wyłoży taki zwrot? Po co w ogóle tracić te pieniądze? Wydawać z kieszeni podatnika? My naprawdę moglibyśmy przynosić już zysk. Inwestorzy są zainteresowani. PGE było zainteresowane, pojechaliśmy do Paryża i rozmawialiśmy z EDF (mają elektrownię Rybnik), też nas chcieli. Czy to jest zadanie związkowców jeździć i szukać inwestora? A jednak jeździmy, na własne rachunki. W Tauronie byłoby dla nas miejsce, ale nie mieliśmy zielonego światła z ministerstwa. Zielone światło dostała kopalnia Brzeszcz, która jest w dużo gorszej sytuacji, no ale stamtąd wywodzi się premier Szydło, tam pracował jej ojciec i dziadek – mówi zdenerwowany Hubka. – Załoga się burzy, wśród pracowników, poza związkami, powstała grupa inicjatywna i pojechali do pani premier, ale ich nie przyjęła. Miała spotkanie biznesowe. Rozmawiali z Elżbietą Witek, która obiecała, że przyjedzie do nas minister Grzegorz Tobiszewski z kontraktami. Tak to było, Roman?

Roman Gajewski, operator spychu: – Tak było. Okłamała nas, prostych ludzi, bo nikt nie przyjechał. Mówiła, że nie będzie zamykania, a wszystko na to wskazuje, że będzie.

Roman Gajewski rok temu – za rządów PO – prowadził głodówkę w obronie kopalni. Wtedy też nikogo to nie interesowało. Nie przyjechał żaden dziennikarz. Ostatniego dnia dyrektor wysłał do głodujących człowieka, który powiedział, by „nie przesadzali z jedzeniem i piciem”.

Gajewski: – Cała załoga wrze. Pytamy związkowców: no coście załatwili? Zorganizujcie coś, walnijcie pięścią w stół. A oni, że jutro będą rozmawiać. Rozmawiają, potem znów spotkanie. Do jasnej cholery, ile można gadać! Jak powiem, że znowu rozmawialiśmy, to mnie chłopaki rozszarpią. Słowo górnika jest mocne jak węgiel. Obiecaliśmy, że nie będzie dymu, dopóki władza nie przyjedzie? I nie było. A słowo polityka kruche jak najgorszy miał. Jest w górnikach z naszej kopalni wielki smutek i zawód. Każdy ma zobowiązania i kredyty. Jeszcze trochę i będą się, kurna, wieszać.

Jerzy Hubka przypomina, że oprócz walki z politykami muszą też walczyć ze złością społeczeństwa. – Szczuje się ludzi na górników. Przecież w Polsce jest elita, która zarabia ogromne pieniądze, chyba ktoś musi kupować w luksusowych butikach i sklepach. No ale nie są to górnicy. Pracujemy ciężko i zarabiamy niewiele. A to o nas mówi się darmozjady.

Operator spychu Gajewski pochodzi z Pomorza, na Śląsk przyjechał 25 lat temu. – Jadę do rodziny i oni nie wiedzą, o co mi chodzi. Tylko gdy w telewizji pokażą, że zasypało, wtedy docenią, że górnik górnika nie zostawia. A poza tym, że dużo zarabiamy. Stryj do mnie: jo, bo wy tyle zarabiacie! Wkurzyłem się, wyjąłem z portfela ostatni pasek. Wtedy to było 1500 na rękę. A teraz? Chce pan zobaczyć? – Gajewski sięga do kieszeni po wymięty pasek. – Z dodatkami przodowego i sanitariusza, i nocki, patrz pan, 2090.

Kamil Nikodemski: – Jedziemy na protest do Warszawy i warszawiacy nas przeklinają, że palimy opony. Ja nie chcę się awanturować, niech każdy w swoim mieście żyje spokojnie. Ale to jest głos rozpaczy, inaczej nikt się nie interesuje.

Kamil Chamielec: – I my zaczynamy myśleć o Polakach z centralnej Polski, o warszawiakach, tak samo stereotypowo jak oni o nas.

– Co myślicie?

– Że łykają za fakt, że górnik opływa w bogactwa i przywileje, że winą górnika są upadające kopalnie. Że wierzą w cały ten szajs.

Dół i powierzchnia

– W kopalni Makoszowy jest dziewięć związków zawodowych, a w całej Kompanii Węglowej 160. Po co? – pytam górnika Kamila Nikodemskiego

– Zapisz się, a dostaniesz toster. Tak nas zachęcają te mniejsze. Ale one nic nie mogą. Trudno ludzi przekonać, by zapisali się do tych związków, które są silne, wolą dostać toster albo bony. Co z tego, że Andrzej Chwiluk z ZZG łazi po kopalni i z każdym chłopem porozmawia, szwindle powykrywa, skoro są inni, którzy nic nie robią? Albo, co gorsza, przytulają się do polityków. Świętej pamięci ojciec był w „Solidarności”, więc mam sentyment, ale teraz jest trochę niepokój, że „Solidarność” się z rządem ułoży – opowiada.

Budynek związkowy jest naprzeciwko głównego wejścia do kopalni. Siedzimy w papierosowym dymie z Jerzym Hubką, wiceprzewodniczącym ZZG.

– Niech pan wymieni wszystkie swoje przywileje związkowe – proszę. Za oknem wieczór, a na stole popielniczka wypełniona petami.

– Ale jakie ja mam przywileje? Wypłatę związkową dostaję jak na stanowisku, z którego odszedłem, przeróbczego, gdzie byłem przodowy. Dostaję bez dodatku przodowego, nocnego i dodatku za szkodliwe. Czyli mniej, niż gdybym wciąż tam pracował. Jasne, nie pracuję fizycznie, ale kiedyś po ośmiu godzinach mogłem wrócić do domu, a teraz całą dobę zajmuję się sprawami pracowników – a to problem ze sztygarem, a to co innego. A to wyjazdy w obronie kopalni, a to organizowanie wycieczek. Muszę zajmować się tym w domu, bo nie starczy czasu. Żona pyta: a co z naszym związkiem, zamieniłeś go na zawodowy?

– Czepiają się naszych wycieczek, a w firmach to nie ma spotkań integracyjnych? – oburza się górnik Roman Gajewski. – Też czasem chcemy na majówkę. Cała załoga, dół i powierzchnia razem!

Hubka: – Związki się rozdrobniły i się gryzą. Przez niespełnione ambicje powstają nowe. Są takie, co liczą po 30 osób, dla pracodawcy to wygodnie, bo to osłabia cały ruch związkowy. Oczywiście, że warto związki zreformować. Mogą nawet wyrzucić nas poza zakład, za bramę. Ale niech będzie jak na Zachodzie, w Skandynawii. Tam związki mają coś do powiedzenia. Jak ktoś się przyjmuje do pracy, to przez związek, a ludzi nie trzeba namawiać, żeby wstępowali. Tylko u nas jakaś głupia mentalność, że związki szkodzą. Biznesowi i politykom w to graj, bo związki, zwłaszcza silne związki górnicze, to ostatnia linia oporu pracowników. Ale oczywiście ma pan rację, że są patologie wśród działaczy.

– Patologie są wszędzie. W dziennikarstwie to nie ma? – patrzy na mnie Grajewski.

Śrubki i łopaty

– Dlaczego kopalnie upadają? I dlaczego wydobycie tony węgla jest droższe niż jego sprzedaż? – pytam Romana Gajewskiego, operatora spychu.

– Na pewno nie przez górników, ale przez zarządzanie – tłumaczy. – Jeden dyrektor zarobi 10 tysięcy, a dyrektorów, zastępców w górnictwie ile jest? Idzie w setki. Potem się podzieli i wychodzi średnia. Górnicy przychodzą do pracy i od nich wymaga się, żeby pracowali, i pracują. A prezesi i inżynierowie dostają za myślenie, za przygotowanie do pracy, inwestycje, marketing, sprzedaż węgla, za przewidywanie. Górnik jak zadupi, to dostaje po łapach i premii, czasem podwójnie. A w zarządach? Czy była taka osoba, która poniosłaby odpowiedzialność za złe zarządzanie? Przeciwnie, są przesuwani na inną kopalnię, dostają ciepłe posadki. A jeszcze tyle firm żeruje na górnictwie, aż dziw bierze, że kopalnie jeszcze ciągną.

– Jak żerują?

Gajewski: – Łopatę kupi pan za 20 złotych? A na kopalnię trzeba mieć atest, dopuszczenie. Za łopatę z atestem płaci się 60 złotych. Tylko to jest ciągle ta sama łopata, a nawet gorszy sort. To są czasem firmy dawnych prezesów i dyrektorów kopalń, którzy wiedzą, jak wyciągnąć kasę. I śrubka za 20 groszy kosztuje pięć razy więcej. Tak samo rękawice, łopaty, kilofy, maszyny, duży sprzęt. Psują się szybko, więc trzeba kupować kolejną partię. Wiele moglibyśmy naprawić sami. Mamy warsztat mechaniczny, ale podpisujemy zastrzeżenie, że serwis musi być ich. To jest trzy razy droższe. Jak nam ośka pękała, to kilka razy sprowadzaliśmy nową. Tokarze się wkurzyli, zdobyli materiał, utoczyli własną i się nie rozwala. A tą z gwarancji do magazynu.

Jerzy Hubka: – Skoro, jak się twierdzi, jest nadmiar węgla na rynku, to dlaczego sprowadzamy go z Rosji i z Ameryki Południowej? Skoro odchodzi się od węgla, to dlaczego Niemcy zwiększają jego zakup, też z Rosji, z RPA i Ameryki? Dlaczego prywatny biznes otwiera kopalnie w Polsce? Jest kilkanaście wniosków na koncesje. W Przeczycach właśnie się kończy budowa nowej. Makoszowy to jedna z lepszych kopalni na Śląsku, to nie w niej problem. Mamy mnóstwo pomysłów, jak lepiej ją prowadzić, dajcie tylko pracować. Na przykład kamień. Niektóre wyrobiska wypełniamy za pieniądze pyłami, a możemy mielić nasz kamień, który leży na hałdach, i używać do wypełniania. Albo sprzedawać na nasypiska autostrad! Możemy wytwarzać ekogroszek, drobny węgiel, który mniej pyli. A nawet taki pomysł: likwidujemy trzeci szyb i robimy z niego elektrownię szczytowo-pompową. Widzi to pan? Sprzedamy prąd i wykorzystamy do naszych potrzeb. W dole jest woda, ją też możemy wydobywać i sprzedawać. Nie potrzebujemy pieniędzy podatników. Górnicy garną się do pracy, dajcie tylko fedrować i nie blokujcie zbytu, a poradzimy sobie. Myśleliśmy nawet o spółce pracowniczej, pracownicy byliby współwłaścicielami, inne byłoby zaangażowanie, inna praca. Niech tylko przekażą nam zakład, dadzą zbyt na dwa lata, a zobaczą, co zrobimy z tej kopalni.

– A poszlibyście znów do górnictwa, gdybyście dziś wybierali?

Roman Gajewski: – Lubię swoją pracę, z chęcią przychodzę. Tylko ta niepewność. Jak to znieść?

Jerzy Hubka: – Z wykształcenia jestem budowlańcem. W zamierzchłych i siermiężnych czasach na budowie było ciężko, ale jak dzisiaj patrzę na narzędzia, technologie, to mnie zazdrość bierze. Gdybym przeczekał zmiany, firmę założył? Mam żal, bo górnictwo też mogło być takie jak budowlanka.

Razem z górnikami

– Pamiętaj, ja naprawdę niewiele zarabiam – przypomina Kamil Nikodemski, gdy wychodzimy od związków.

– Ale dlaczego znowu mi to mówisz?

– Bo… – Kamil pokazuje ręką srebrne bmw, a potem otwiera drzwi. – Tak się wżeniłem, teść jest stomatologiem.

Jedziemy na zabytkową kopalnię Guido w Zabrzu. Górnicy zawiedzeni nowym rządem, związkowcami i dziennikarzami zadzwonili do wszystkich partii opozycyjnych, ale odpowiedziała tylko Partia Razem. Przy podłużnym stole Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza, Łukasz Moll z Razem.

Górnicy tłumaczą im, że to nie pomysł związków, sami poprosili o spotkanie, chcieli przekazać uczucia załogi. Żalą się na PiS (Platforma kłamała, mówią, ale przynajmniej rozmawiała, a PiS tylko: my wiemy lepiej, my wiemy lepiej. Obiecywali przed wyborami wsparcie górnictwa, a już we wszystkich kopalniach wrze. W Makoszowach Andrzej Chwiluk z ZZG został odsunięty od rozmów w sprawie kopalni dlatego, że prowadzi rozmowy z opozycją).

Żalą się też na brak obiecanego inwestora, blokadę zbytu, przez którą co miesiąc kopalnia przynosi miliony strat, a mogłaby przecież zarabiać. Mówią, że górnictwem rządzą układy i znajomości (nawet ze stadnin PiS wymienia ludzi, a w górnictwie na kierowniczych zostają ci sami, co byli).

Wspominają o spółce pracowniczej.

Marcelina Zawisza: – To świetny pomysł, ale trudny do przeprowadzenia. Co na to załoga?

Andrzej Chwiluk: – Górnicy chcą, ale już jest krecia robota niektórych związków i dyrekcji. Straszą odpowiedzialnością. Niektórzy zaczynają więc mówić: „Wolę żeby mnie zlikwidowali, niż sam mam się likwidować własnymi rękami”.

Roman Gajewski: – Trzeba zrobić masówki i pokazać palcem, kto miesza!

Andrzej Chwiluk: – Jeśli czegoś nie zrobimy, to niedługo będzie bunt poza związkami.

Łukasz Moll z Razem: – Nie jestem górnikiem, ale chodzę na wasze demonstracje, bo dla mnie to ważny temat. Mam znajomych, którzy też by chodzili, ale wasz przekaz jest zbyt hermetyczny i się zniechęcają.

Adrian Zandberg: – Możemy pomóc w komunikacji i marketingu. Wyślemy do was naszych grafików, ludzi od PR-u.

Górnicy patrzą smutnym wzrokiem, spotkanie się kończy.

– Jak im pomożecie? – pytam Marcelinę Zawiszę z Razem.

– Co możemy? Na razie postaramy się nagłośnić sprawę, zainteresować media. Spotkaliśmy w Zabrzu górników doskonale zorientowanych w sytuacji ekonomicznej kopalni i całego górnictwa. Zależy im, by kopalnia nie przynosiła milionów strat, które pokrywane są z kieszeni podatników, a w końcu staną się pretekstem do jej likwidacji. Zamiast mieć przywileje, wolą pracować. A jednak PiS nie chce z nimi rozmawiać – mówi.

– Często tak jeździcie „do ludu”?

– Mamy spotkania powiatowe, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Czasem sami do nas dzwonią. Teraz pomagamy organizować się pracownikom firm sprzątających na uczelniach.

Na derbach Śląska żabole przegrały ze śmierdzielami 0:2. W połowie meczu górnicy wywiesili ogromny transparent: „Nie oddamy kopalni walkowerem”.

– Sztynks i maras – rzucił przodowy M., zdejmując czapkę z pióropuszem. – Nie ma dziś w Polsce bardziej samotnego i smutnego zawodu niż górnik.